KONIEC I POCZĄTEK

Rok 2002 rozpoczął się dla naszej rodziny tragicznie. Pod koniec stycznia po dwóch atakach epilepsji umiera nasza Grażynka. Dla nas jest to koniec szesnastoletniego etapu naszego życia. Czujemy się zagubieni. Mam wrażenie, że nie jestem już potrzebna. Głupio trochę, mam przecież troje dzieci, ale wraz z Grażynką odeszła moja misja, moje alibi (nie pracuję zawodowo, bo opiekuję się Grażką). Tak chyba dzięki Niej spełniałam się jako matka, pedagog specjalny, a może również trochę jako dobry człowiek. Teraz jestem pusta. Ciocia mojego męża mawia, że jednej biedy nie dość. Tak było! W lipcu mąż traci pracę. Zaszywa się na wsi i leczy rany. Żyjemy z dnia na dzień. Niby coś robimy, próbujemy się zająć agroturystyką, ale to nie to. Pustka… I tak dwa lata.

2004 r. Dzwoni koleżanka z wyraźnym poleceniem. Przeczytała artykuł w  „Polityce” o hipoterapeucie, który pojechał z niepełnosprawnymi wozem cygańskim z Warszawy do Supraśla. Teraz chce zorganizować „obóz przetrwania” dla takich osób w gospodarstwie wiejskim. Na końcu apel do rolników: zgłaszajcie się. Gazetę kupiłam, przeczytałam i zgłosiłam się! Oczywiście życie nie jest takie proste i nie mogło stać się tak: dzwonię, pan się cieszy, mówi, że oczywiście, bardzo chętnie itp. Dzwonię do szkoły, w której pan Marian Jaroszyński pracuje jako pedagog szkolny, sekretarka miesza mnie z błotem za przekręcenie nazwiska (słowo daję, kilka razy sprawdzałam i czytałam prosto z gazety!). Nie Jaroszyński, ale Jaroszewski – słyszę. Przepraszam. Łaskawie zostaję poinformowana, że pedagog jest na szkolnej wycieczce, będzie za dwa dni. Dwa dni zadawania sobie pytań i udzielania odpowiedzi w imieniu nieznanego człowieka. Snów o tej rozmowie, dokładnie, pytanie po pytaniu. I ciągle ten sam tekst: to niemożliwe, to zbyt daleko, w ogóle bez sensu. Powtarzam sobie, że na pewno zadzwonię, nie zrezygnuję. Mąż Marek trzyma za mnie kciuki, motywuje.

W końcu dwa dni mijają. Biorę głęboki oddech iii… dzwonię. Jest! Zaraz podejdzie do telefonu. Czekam coraz bardziej zdenerwowana. Nagle słyszę w słuchawce młodego człowieka o bardzo miłym głosie. Przedstawiam mu powód nagabywania go w pracy i słyszę, że to nie tak, że owszem, kiedyś w planach, ale jeszcze nie teraz. A tak poza wszystkim to za daleko, w ogóle bez sensu. Słowo daję, wyśniłam sobie! Tłumaczę, że bliżej niż Supraśl, tylko 140 kilometrów. Mówię mu o swoim wykształceniu, w końcu wyciągam ciężką artylerię – Grażynkę! No, nareszcie, zainteresował się! Rzecz dzieje się przed Wielkanocą. Umawiamy się na telefon po świętach. I tak się rozstajemy na prawie miesiąc. Zadzwoni czy nie? Mówimy – żeby tylko przyjechali, potem choćby potop. Czujemy, że odzyskujemy chęć do działania. Ale fajnie, tylko ta niepewność. Mijają święta. Wcale nie czekam. Dzwonek telefonu! Umawiamy się na wizytę u nas w weekend. Mówię, jakim samochodem przyjedziemy po nich (mają przyjechać pekaesem we dwoje – pan Marian i wolontariuszka). W sobotę jedziemy na dworzec do Ostrołęki. Po drodze zastanawiam się, kto wysiądzie z autobusu. Marek nie słyszał głosu, więc nie wie. Ja jestem pewna, że młody, pełen wigoru pedagog ideowiec. Jesteśmy wcześniej, czekamy. Gdy podjeżdżają, patrzę w lusterko, kto wysiada. I nagle widzę, to muszą być oni. Dwie roześmiane twarze, jedna pięknej młodej dziewczyny, a druga… siwego mężczyzny z długą brodą! Tak to charyzma i zapał wcale nie muszą się łączyć z młodością. Witamy się i już po chwili rozmawiamy jak starzy dobrzy znajomi. Są uroczy. Na miejscu się okazuje, że akceptują nasze gospodarstwo. Przyjadą!

agrobaba

Opublikowano Blog | Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>