Blog czyli opowieści agrobaby



Natura nie znosi pustki

NATURA NIE ZNOSI PRÓŻNI

Z każdym rokiem robię się coraz bardziej sentymentalna, uczuciowa, ,,wrażliwa”, miękka, mało odporna na to co dzieje się koło mnie, na moim podwórku, w kraju i globalnie na całym świecie! Jest to tym śmieszniejsze, że mało co zależy od nas szaraczków, a już najmniej ode mnie personalnie. Do rzeczy! Jest wiosna! Najpiękniejsza pora roku. Moim zdaniem pierwszym i najważniejszym symbolem tejże jest – bocian! Co roku czekam na niego z utęsknieniem. Jestem  zaniepokojona, zazdrosna i nieszczęśliwa, gdy na innych gniazdach w okolicy już są, a u nas jeszcze nie. W tym roku bocian pojawił się o czasie. Kilka dni później jak trzeba przyleciała ona! Życiowa partnerka, pani bocianowa, przyszła matka bocianich dzieci (czyli bocianiątek). Co roku też oglądamy  jak się co wieczór witają, jak do siebie klekoczą, jak , „przytulają”. Piękny to widok (jeszcze dla kogoś tak wrażliwego jak ja) patrzeć na miłość, oddanie, przywiązanie i całą gamę innych uczuć i zachowań tak pięknych i pożądanych! Poważnie! Dla mojej skromnej osoby to wzór do naśladowania dla wszystkich gatunków, w tym i oczywiście homo wiadomo (sapiens). I na tym koniec sielanki. Trwała raptem dwa dni! Trzeciego wieczorem przyszedł z podwórka mój mąż i od progu oznajmił – nie ma jednego bociana! Nie wrócił na noc do gniazda! Może nie zauważył (pomyślałam). Nie ma – powtórzył bezlitośnie – rano też go nie widziałem, ale widziałem orła bielika. Są już dwa gniazda, zeszłoroczne młode polują, są głodne, jest jeszcze mało pożywienia dla nich. Od pięciu czy nawet więcej lat orły są naszą chlubą. Chwalimy się nimi znajomym opowiadamy jakie to szczęście dla okolicy, że są i przez lata nie zmieniły terenu gniazdowania. No tak, ale nie przyszło mi na myśl, że wezmą się za NASZE BOCIANY! Bardzo musiałam się starać, żeby im nie złorzeczyć. Tłumaczyłam sobie, że to natura, że tak musi być! ale…. wiem, że to głupie, ale pomyślałam- ta wiosna jest stracona. Następnego dnia trudno mi było spojrzeć na gniazdo, ale oczywiście musiałam! Samotny bocian stał na nim. Stał całymi godzinami. Nie usiadł nawet na chwilę! Bardzo smutny widok. Wiem, wyczytałam, że bociany po śmierci partnera znajdują sobie następnego! Tak, ale nie w tym roku (myślałam), ten sezon stracony! I ten samotny biedak na gnieździe! Minęło następne kilka dni. Wyszłam rano na werandę i widzę jak wysoko po niebie frunie duży ptak. Najpierw przyszło mi na myśl, że to ten (no cóż pomyślałam- obrzydliwy, wstrętny) orzeł leci dokończyć dzieło. Ptaszysko było coraz bliżej i niżej i wtedy zobaczyłam, że to bocian! Leciał i klekotał. Nasz z gniazda mu „odklekotywał”, a ten leciał coraz niżej i w końcu stanął obok. Trwało to chwilę (kiedy tak stały „łeb w łeb”). Następnie obcy dostał reprymendę dźwiękową i dziobową i odleciał w siną dal! Kiedy opowiedziałam o tym mojemu mężowi, powiedział –  ”coś jest na rzeczy – one „gadają” ze sobą już kilka godzin”. Nie wierzyłam, że miłość bociania może być tak krótka, nie wierzyłam… a jednak już następnego ranka dwa bociany witały się ze sobą czule, klekotały, tańczyły i takie tam. Za kilkanaście dni pojawią się młode (a może już są, nigdy nie udaje mi się dojrzeć). Troszkę mi smutno, że miłość, wierność trwała tak krótko. Trochę! Przypominam sobie wtedy samotnego bociana stojącego nieruchomo wiele godzin i przychodzi mi do głowy, że natura jednak jest mądra…..i nie znosi próżni!

Opublikowano Blog | Skomentuj

Łazienki Królewskie

Nasza Grażynka miała problemy trawienne. Przekonałam się o tym dość boleśnie na pierwszym wspólnym spacerze! Był maj. Niedziela, popołudnie, piękna pogoda. Idziemy do Łazienek. Moja teściowa, Grażynka, nasz trzyletni synek Bartek i ja. W parku dużo ludzi. Normalka! Ciepło, wolny dzień. Ptaki śpiewają, wszystko pachnie( znaczy kwiaty drzewa, trawa)- po prostu sielanka. Idziemy! Bartuś nie idzie. Bartuś jedzie! Jedzie na rowerze. Cóż może być cudowniejszego niż spacer w wiosenne popołudnie z dzieckiem i przyjazną teściową po sutym obiadku? No co? Synek jeździ wokół nas, czasami dzwoni dzwoneczkiem. Śmiejemy się rozmawiamy. Jak piękny jest maj! Nagle dociera do mnie jakiś niepokojący dźwięk. Patrzę na Grażynę. Ta odwraca wzrok, nic nie mówi. Pytam o co chodzi ? Nic! Idziemy dalej. Jęk. Stajemy. Pytam znowu. Cisza. Idziemy jeszcze kilka kroków. Grażyna chwyta się za brzuch i jęczy coraz głośniej. Pytam po raz kolejny : co jest? Kuupa- słyszę i słyszę jeszcze charakterystyczny dźwięk wydobywający się z brzucha. O rany! Gdzie tu WC? Mamo pilnuj Bartka! Biorę moją przyszywaną córkę za rękę i lecimy. Guzik tam- lecimy. Grażka jęczy i ściska nogi. Idzie wolno, a w jej brzuchu gra muzyka. Muzyka tak głośna, że nie mam wątpliwości czym ten koncert się skończy! Oczywiście kibla ani śladu. Miotam się bezradnie po trawniku . Ludzi tłum! Wszyscy jakby się uwzięli! Czemu do cholery musi być tak ładnie! Grażynka już nie idzie. Staje. Kuca. Nie, tylko nie to! Jesteśmy prawie na głównej alei. Fajnie! Tu najwięcej spacerowiczów! Rozglądam się wokoło. Rośnie dąb. Zapomniałam dodać, że Grażyna ma na sobie zupełnie nową sukienkę. Dopiero co ją dostała! Kuca więc pod drzewem. Ściąga majtki normalnie, a sukienkę zarzuca sobie na głowę( żeby się czasami nie pobrudziła). Moja teściowa i mój syn są już przy nas. Teściowa siada na ławce przy głównej alei, Bartek jeździ na rowerku – główną aleją. Ja stoję na trawniku- przy głównej alei. Zasłaniam Grażynkę przy dębie z sukienką na głowie! Za drzewem, na trawniku też są ławki( na tych ławkach też siedzą ludzie!). Nagle od jednej z nich odrywa się mały( może półtora roczny) człowiek. Podchodzi do nas. Pochyla głowę i patrzy! Pada kolanka i przygląda się z coraz większym zainteresowaniem. Wstaje, przechodzi kawałek i kuca. Nie wytrzymuję. Podchodzę, lekko  dotykam malucha, a kiedy ten wstaje- odwracam go w stronę skąd przyszedł. Na ławce siedzi dwoje młodych ludzi.( Musi rodzice). Dziecko natychmiast zaczyna płakać( nieprawda nie płakać! Ono zaczyna przeraźliwie wyć!)Dwójka z ławeczki podnosi swoje cztery litery i pędem do krzyczącego potomka ( a tym  samym do mnie i pupy Grażynki- reszta pod sukienką). Ty k…o(słyszę zwyczajowe powitanie) to wstyd żeby taka stara baba wystawiała swoją ogromną d..ę ( bez przesady)na widok publiczny! Zabieraj się stąd! Zbiera mi się na płacz. Nie mogę wyksztusić ani słowa . Na krawężniku staje mój synek. Patrzy mi głęboko w oczy i pyta: mamusiu martwisz się? Nie martw się mamusiu! Teściowa leży ( na ławce) i zanosi się od śmiechu.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Dobra matka

Niedawno odwiedzili nas znajomi. Siedzieliśmy przy stole jedząc kolacje i rozmawiając o wszystkim i o niczym. Ktoś zapytał mnie: czy stosuje jeszcze dietę? (Od kilku lat nie jem żadnego białka zwierzęcego. Nie wynika to z moich przekonań. Jestem po prostu od wielu lat chora na SM i tak mi zalecił lekarz któremu ufam).Potwierdziłam ( i powinnam się zamknąć), ale powiedziałam, że jako człowiek z grupą krwi O RH+ jestem typowym drapieżnikiem. Potem dodałam- ,, Czasami miewam chwile słabości. Biorę na przykład moje ulubione kotlety z piersi kurczaka do ust- ,, pomemlę”  je chwilę( żeby poczuć ten smak) i wypluwam Adzie. Spojrzałam na towarzystwo. Ich miny były warte wszystkie pieniądze. Od głębokiego niedowierzania, poprzez lekkie rozbawienie, do głębokiego obrzydzenia. Jako osoba niezbyt bystra( szczególnie wieczorem) nie od razu pojęłam o co chodzi. Kiedy przyszło olśnienie, zrozumiałam co palnęłam- Ada to nasza córka! Po prostu goście dowiedzieli się jak podaje jedzenie swojemu dziecku- Najpierw przeżuwam, a potem wypluwam na podłogę. A niech je!

Agrobaba

Opublikowano Blog | 2 komentarzy

„Ech, życie…”

„Ech, życie…”

    Obudził mnie dzisiaj telefon. Trochę jeszcze śpiąca zerknęłam na wyświetlacz komórki, dzwonił mój mąż. Nigdy nie odbieram od niego. Nie, nie dlatego, że nie chcę- po prostu ja mam duży abonament z darmowymi minutami, więc zawsze oddzwaniam. Tym razem też. „Cześć moja Walentynko” słyszę. Już, już mam zaćwierkać radośnie „Cześć, mój Walenty!!!”, gdy słyszę „Będzie do Ciebie dzwonić jakiś człowiek. Chciał rozmawiać z Tobą, dałem mu numer”. Pewnie coś Ci spróbuje wcisnąć! Tylko nic ni kupuj , na nic się nie daj namówić!. Przemyśl odpowiedzi, odmów!. Już mi się odechciało (jaki mój?! Jaki Walenty!!! – pomyślałam). Czar prysł. Jak bity kundel, do którego ktoś wyciągnął rękę z kawałkiem kiełbasy, a potem znienacka kopnął. Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle. Normalka!

agrobaba

Opublikowano Blog | Skomentuj

BREŻNIEW

 Mój dziadek urodził się we wsi Kamienskoje na Ukrainie w roku 1903. W tej samej wsi trzy lata później przyszedł na świat Leonid Iljicz Breżniew.

 Czy mój protoplasta znał zasmarkanego, małego Leosia?- nie wiem.Dziadek o tym nigdy nie wspominał. Za to prawie do samej śmierci mówił o swojej ukochanej kurce i koguciku, które oddał ( na prośbę swoich rodziców) ciężko choremu kuzynowi.Drób miał dawać radość chłopaczkowi. Pocieszać, zabawiać. Kilka dni później współczujący, empatyczny Władzio( Mój Dziadek) poszedł odwiedzić biedaka. Nie zastał ani kogucika ani kurki! Cholerny bachor poprostu je zeżarł! Czy wyszło mu to na zdrowie nie było ważne dla nikogo z naszej trójki. Współczuliśmy dziadkowi i razem z nim szczerze nienawidziliśmy zdradzieckiego szczeniaka, bazyliszka, który podstępnie wyłudził przyjaciół- drób w celach niecnych,parszywych. Słowem konsumpcyjnych!

 Może się to dziś wydawać śmieszne, ale ja jeszcze po wielu latach pamiętam ból w oczach małego dziecka w ciele starego mężczyzny.Żal w jego oczach, gdy opowiadał o wielkiej zdradzie. Pewnie tym większej, że pierwszej w życiu. Ja takich zdrad przeżyłam w swoim życiu kilka, może nawet kilkanaście. Dziadek w ciągu swojego długiego bytowania na tym ziemskim padole o wiele wiele więcej, ale myślę sobie że był lepszym człowiekiem niż jestem ja i miał więcej czasu na zastanawianie się nad różnymi sprawami. Życie w chwili obecnej pędzi w takim tempie, że nawet na pielęgnowanie różnych krzywd i przykrości mamy go za mało!

Opublikowano Blog | Skomentuj

„Nienawidzę bocianów”

Nie myślałam,że kiedykolwiek poczuję się właśnie tak- nienawidzę szczerze i zupełnie racjonalnie bocianów. Wariatka ktoś powie, pewnie! Ciekawe jak Wy byście się czuli w mojej sytuacji. Bociany przylatują do nas od kilkunastu lat. Co roku! Zawsze najpierw pan ptak, a za kilka dni pani. Przywitania bocianie to cały rytuał. Piękny, wzruszający, dający nadzieję na coś nowego. Bocian to stałość uczuć, to miłość i partnerstwo! W końcu to taki pewniak, jak nastanie dnia po nocy…No właśnie pewniak! Jeździmy po okolicy. U sąsiadów na gnieździe jest! W Nowogrodzie przy drodze jest. Tu jest tam jest, ówdzie oczywiście też! U nas nie ma! Mija tydzień. Przylatuje jeden. No nareszcie! Dzień następny- a figa, nie ma! Dwa tygodnie, trzy- i nic! Zaczynam mieć pretensje do swojej ciężarnej synowej. Może bociany uznały, że skoro spełniły swój obowiązek- nie są już potrzebne. Cała okolica aż roi się od aktywnie działających bocianów. Uzupełniają gniazda, prowadzą swoje gry godowe, klekoczą. Wszędzie! Tylko nie u nas. Spoglądam na puste, ogromne bocianie domostwo i krew mnie zalewa. Zazdrość ogarnia ogromna! To niesprawiedliwe! Po tylu wspólnie spędzonych latach, po tylu przeżyciach: Dwa lata temu- zakrwawionego bociana znajdują nasze dzieci. Łapią, wsadzają do skrzyneczki i zawożą do Warszawskiego Zoo. Amputują mu skrzydło, ale przeżywa! Mieszka w stolicy. Rok temu- jest integracja. Jemy na werandzie obiad. Nagle patrzymy, koło stajni idzie bocian. Ma wyszarpany bok! Jest sobota. Próbujemy znaleźć pomoc! Niestety telefon odbiera tylko weterynarz w Łomży. Zgadza się przyjąć ptaka, ale potem musimy go zabrać. Kilka osób wiezie boćka. Lekarz zszywa ranę. Za darmo! Rana jest widocznie zbyt duża. Biało czarny nie przeżywa nocy! To tylko dwa najnowsze zdarzenia. A to,że co roku trzymamy kciuki za udany wylot do ciepłych krajów? A to, że sprawdzamy ile maluchów wraca do gniazda na noc? A ten zimowy wieczór, gdy nagle zobaczyliśmy bociana siedzącego na gnieździe? Dzwoniłam wtedy do wielu dostępnych telefonicznie miejsc zajmujących się bocianami. W końcu dodzwoniłam się do sympatycznej Pani w Zielonej Górze! Bardzo się przejęła. Powiedziała, że zazwyczaj jeździ na interwencje, ale nie wiadomo dlaczego pod Łomżę nie może… Dostałam instrukcję jak mam postępować, ale rano go już nie było. Pewnie pofrunął gdzieś się schronić. Tej nocy termometr wskazywał -30 stopni C. To tylko kilka takich zdarzeń. Było ich znacznie więcej! Czuję się opuszczona przez przyjaciół. Powiem otwarcie- zdradzona! Wszędzie wygląda, że bociany złożyły już jaja. Postanowione! Nienawidzę bocianów. Jestem obrażona na zawsze. Przestałam czekać,przestałam myśleć o tych zdrajcach. Mija kilka dni. Patrzę i oczom nie wierzę! Są i to od razu oba- pan i pani. Moje kochane. Takie zmęczone, takie biedne! To na pewno źli ludzie zatrzymali je w drodze. Chcieli zrobić krzywdę! Bandyci, kanalie. Moje maleństwa- znowu w domu! Jaki świat jest piękny. Jaki wspaniały Królewicz Maj!!!

 


 

Opublikowano Blog | Skomentuj

KONIEC I POCZĄTEK

Rok 2002 rozpoczął się dla naszej rodziny tragicznie. Pod koniec stycznia po dwóch atakach epilepsji umiera nasza Grażynka. Dla nas jest to koniec szesnastoletniego etapu naszego życia. Czujemy się zagubieni. Mam wrażenie, że nie jestem już potrzebna. Głupio trochę, mam przecież troje dzieci, ale wraz z Grażynką odeszła moja misja, moje alibi (nie pracuję zawodowo, bo opiekuję się Grażką). Tak chyba dzięki Niej spełniałam się jako matka, pedagog specjalny, a może również trochę jako dobry człowiek. Teraz jestem pusta. Ciocia mojego męża mawia, że jednej biedy nie dość. Tak było! W lipcu mąż traci pracę. Zaszywa się na wsi i leczy rany. Żyjemy z dnia na dzień. Niby coś robimy, próbujemy się zająć agroturystyką, ale to nie to. Pustka… I tak dwa lata.

2004 r. Dzwoni koleżanka z wyraźnym poleceniem. Przeczytała artykuł w  „Polityce” o hipoterapeucie, który pojechał z niepełnosprawnymi wozem cygańskim z Warszawy do Supraśla. Teraz chce zorganizować „obóz przetrwania” dla takich osób w gospodarstwie wiejskim. Na końcu apel do rolników: zgłaszajcie się. Gazetę kupiłam, przeczytałam i zgłosiłam się! Oczywiście życie nie jest takie proste i nie mogło stać się tak: dzwonię, pan się cieszy, mówi, że oczywiście, bardzo chętnie itp. Dzwonię do szkoły, w której pan Marian Jaroszyński pracuje jako pedagog szkolny, sekretarka miesza mnie z błotem za przekręcenie nazwiska (słowo daję, kilka razy sprawdzałam i czytałam prosto z gazety!). Nie Jaroszyński, ale Jaroszewski – słyszę. Przepraszam. Łaskawie zostaję poinformowana, że pedagog jest na szkolnej wycieczce, będzie za dwa dni. Dwa dni zadawania sobie pytań i udzielania odpowiedzi w imieniu nieznanego człowieka. Snów o tej rozmowie, dokładnie, pytanie po pytaniu. I ciągle ten sam tekst: to niemożliwe, to zbyt daleko, w ogóle bez sensu. Powtarzam sobie, że na pewno zadzwonię, nie zrezygnuję. Mąż Marek trzyma za mnie kciuki, motywuje.

W końcu dwa dni mijają. Biorę głęboki oddech iii… dzwonię. Jest! Zaraz podejdzie do telefonu. Czekam coraz bardziej zdenerwowana. Nagle słyszę w słuchawce młodego człowieka o bardzo miłym głosie. Przedstawiam mu powód nagabywania go w pracy i słyszę, że to nie tak, że owszem, kiedyś w planach, ale jeszcze nie teraz. A tak poza wszystkim to za daleko, w ogóle bez sensu. Słowo daję, wyśniłam sobie! Tłumaczę, że bliżej niż Supraśl, tylko 140 kilometrów. Mówię mu o swoim wykształceniu, w końcu wyciągam ciężką artylerię – Grażynkę! No, nareszcie, zainteresował się! Rzecz dzieje się przed Wielkanocą. Umawiamy się na telefon po świętach. I tak się rozstajemy na prawie miesiąc. Zadzwoni czy nie? Mówimy – żeby tylko przyjechali, potem choćby potop. Czujemy, że odzyskujemy chęć do działania. Ale fajnie, tylko ta niepewność. Mijają święta. Wcale nie czekam. Dzwonek telefonu! Umawiamy się na wizytę u nas w weekend. Mówię, jakim samochodem przyjedziemy po nich (mają przyjechać pekaesem we dwoje – pan Marian i wolontariuszka). W sobotę jedziemy na dworzec do Ostrołęki. Po drodze zastanawiam się, kto wysiądzie z autobusu. Marek nie słyszał głosu, więc nie wie. Ja jestem pewna, że młody, pełen wigoru pedagog ideowiec. Jesteśmy wcześniej, czekamy. Gdy podjeżdżają, patrzę w lusterko, kto wysiada. I nagle widzę, to muszą być oni. Dwie roześmiane twarze, jedna pięknej młodej dziewczyny, a druga… siwego mężczyzny z długą brodą! Tak to charyzma i zapał wcale nie muszą się łączyć z młodością. Witamy się i już po chwili rozmawiamy jak starzy dobrzy znajomi. Są uroczy. Na miejscu się okazuje, że akceptują nasze gospodarstwo. Przyjadą!

agrobaba

Opublikowano Blog | Skomentuj

„Trzy ofiary losu”

Nasza suka, borderka ma cieczkę. Ta informacja jest dla nas istotna o tyle, że wiąże się z licznymi wizytami. Oczywiście chodzi o wizyty licznych zalotników! Pierwszy na podwórku był bardzo przyjazny pies w typie amstaffa. Znamy go już czas jakiś. Ludzie mówią, że jest to pies tego i tego czy owego.Nic z tego jednak nie wynika. Pies cały czas koczuje w pobliżu człowieka. Jest nie tylko miły dla nas, jest również przyjazny dla wszystkich mieszkańców podwórka. Kiedy zobaczyłam następnego psa byłam pewna, że to kolejny kawaler. Wyszłam na dwór, żeby nakarmić moje (całe szczęście że już nie sypialniane) owce gdy ze zdziwieniem zobaczyłam, że to suka. Suka i to jeszcze szczenna. Bardzo chuda i przestraszona. Wystarczyło, że głośniej coś powiedziałam- natychmiast uciekała. Nigdzie w pobliżu nie zauważyłam żadnych szczeniaków. Po paru dniach dowiedziałam się, że zimą kilka psów zostało przywiezionych do okolicznych wsi i porzuconych! Może ta mała, szczenna sunia też? Tylko gdzie ma dzieci? Może zostały zagryzione przez agresywne psy wałęsające się po okolicy? Może zdechły z głodu, bo matka nie mogła ich wykarmić? Niewiadomych było dużo! Jedno było pewne- trzeba było dać jej jeść. Jedno karmienie i mam następnego wiernego i ufnego przyjaciela! Jak bardzo ufnego przekonałam się dziś z samego rana. Obudziło nas szczekanie psów i jakieś piski. Kto zgadnie co zobaczyliśmy po wyjściu na podwórko? Tak! Bingo! Dwie małe kulki przyprowadzone przez matkę. Niesamowite- były cicho dopóki suka nie dała im znać, że tu jest bezpiecznie! Sunie, które chowały się w krzakach wiedziały też, że mają się łasić do człowieka i okazywać mu, że są przyjacielskie? Historia jakich pewnie wiele w tym świecie, pełnym okrutnych, bezmyślnych ludzi. Nie pierwszy raz przekonałam się, że mądrość zwierząt jest zadziwiająca. Rozglądajmy się bacznie i uczmy! Może od braci mniejszych? Czemu nie!

Opublikowano Blog | 1 komentarz

GRAŻYNKA

Nasza historia zaczyna się na początku 1986 roku.

Dzwoni do mnie moja była szefowa – Pani Cecylia Szelągowska. Od kilku lat nie pracuję w Kole Pomocy Dzieciom Specjalnej Troski, ale nadal utrzymujemy ze sobą kontakt. Wie że nie mamy mieszkania, Mieszkamy z małym dzieckiem u moich rodziców. Opowiada mi o kobiecie z Zespołem Down’a, której właśnie umarła mama i która została zupełnie sama! Proponuje nam opiekę i zamieszkanie wraz z nią. Jestem na piątym roku oligofrenopedagogiki, nasz syn Bartek ma dwa i pół roku.

Teoretycznie propozycja bardzo kusząca – jesteśmy cztery lata po ślubie, a funkcjonujemy cały czas jak dzieci zależne od rodziców. Mamy tego dość, oni zresztą też! Najpierw zapoznajemy się z Grażyną. Po śmierci mamy ludzie nagle dowiedzieli się o istnieniu na ich klatce, w ich bloku dorosłej, trzydziestosześcioletniej, upośledzonej umysłowo osoby. Boją się, bo nie wiedzą jak do tego podejść. Grażynka( na domiar złego) zachowuje się jak typowa nastolatka wypuszczona spod kontroli rodziców. Chce spróbować „wszystkiego”. I próbuje! Z opieki społecznej dostaje kartki obiadowe. Chodzi do pobliskiej knajpki (nie cieszącej się w okolicy dobrą sławą, oj nie). Tam zamawia na obiad śledzika i setkę, tam też poznaje różne dziwne osoby. Powtarza się to codziennie, albo prawie codziennie. Sąsiedzi są coraz bardziej zaniepokojeni. Boją się, że zapomni wyłączyć kuchenkę gazową. Boją się odwiedzających kobietę, podpitych (lub mocno pijanych) znajomych. Grażynka świetnie się bawi… Pije, pali. W chwili gdy ją poznajemy mieszka już z sasiadką z przeciwka – Panią Stefanią. Pani Stefania sama ma niepełnosprawną córkę, Danusię. Ruchowo jest w dużo gorszej formie niż Grażka, ale sytuacja jest tymczasowo opanowana. Dziewczyna znów jest pod kontrolą dorosłego. Zaczyna uczęszczać do Ośrodka dziennego na Jazdowie. Koło pilotuje akcję. Sąsiedzi oddychają z ulgą.Nam „włosy stają dęba”. Mam jakąś wiedzę teoretyczną, ale właśnie teoretyczną! Tak naprawdę nie wiem nic. Kompletnie! Boję się pewnie nie mniej niż cała kamienica. A decyzja musi być podjęta natychmiast. Moi rodzice uważają, że nie możemy się wyprowadzić, że popełniamy największy błąd w życiu! Straszą nas konsekwencjami( małe dziecko i nieznajoma osoba być może niebezpieczna).Mój mąż chce obejrzeć mieszkanie. Idzie tam z naszym kolegą.Wychodzi załamany. Całe mieszkanie aż roi się od pluskiew! Wracają jeszcze tego samego dnia z trutką na insekty. Opsikują nimi cały lokal. Ja już wiem – decyzja zapadła.

Wprowadzamy się do Grażynki! Nie ja ją podjęłam, niby taka świadoma i prawie kierunkowo wykształcona. To mój mąż Marek, który raz w życiu był ze mną na koloniach z dziećmi niepełnosprawnymi i który teraz pierwszy raz zobaczył armię pluskiew – postanowił zanurkować. Awntur w domu rodzinnym nie będę opisywać, powiem tylko że nie było miło (oj nie). Zresztą do Grażyny wprowadziliśmy się dopiero w kwietniu. Najpierw był mały remont – malowanie emulsją ścian częściowo zielonych, a częściowo granatowych w farbie olejnej, wynoszenie całych szufelek insektów, a przede wszystkim próby zaprzyjaźnienia się z naszą przyszłą córeczką! Ale to już temat na następne opowiadanie!

agrobaba

Opublikowano Blog | 2 komentarzy

Zdzich

Ostatnio przeglądałam aukcje allegro i zobaczyłam na stronie” konie i kuce” ofertę sprzedaży starego, kilkunastoletniego, siwego wałacha. To ogłoszenie sprawiło, że ożyły moje dawno już zapomniane wspomnienia:

Nie pamiętam który to był rok. Może 2005 albo 2006. Prowadziliśmy już wtedy z przyjaciółmi pobyty integracyjne dla osób niepełnosprawnych intelektualnie i ruchowo. Któregoś dnia przyjechał jeden z organizatorów- Marian i powiedział, że jego koleżanka z klubu rotariańskiego chce oddać nam na zasłużoną emeryturę siwego , dużego konia, wałacha. Oczywiście się zgodziliśmy! Wiedzieliśmy o nim tylko tyle, że chodził w woltyżerce i nie lubi jak się go bierze za nogi (Trzeba uważać, bo potrafi kopnąć). Po jakimś czasie nadjechał koniowóz ze znajomymi mojego męża z kursu hipoterapii, którzy przywieźli konia. Wrażenie było imponujące. Koń przy naszych hucułach wydawał się ogromny! Biały i dostojny. Potężny! Z koniem przyjechała kartka ,,Zdzich, mężczyzna po dwudziestce” Ci co go znali wcześniej z klubu, mówili,że odkąd pamiętają Zdzich był mężczyzną po dwudziestce. Chciałabym napisać o pierwszych dniach konia u nas i o pięknej przyjaźni, która się z tym łączy. Szybko okazało się, że Zdzich, zanim do nas przyjechał, albo stał tylko w stajni, albo na jego wybiegu nie było pastwiska. Nie umiał jeść rosnącej trawy! Nasza córka Ada miała wówczas około dwunastu, trzynastu lat. Jej wielki przyjaciel Sergiusz (wszystkim znany jako Serek) trochę mniej. łączyła ich miłość do koni i wszystkich żywych stworzeń.Byli naprawdę parą autentycznych , nierozłącznych kumpli. Postanowili pomóc zwierzęciu. Pamiętam ich jak dziś, siedzących na padoku naprzeciwko Zdzicha, trzymających w rękach garście trawy i czule przemawiających do zdezorientowanego konia „Zdzisławie prosimy, skosztuj. To bardzo dobre! To naprawdę smaczne. Ależ Zdzisławie nie daj się prosić!” Siedzieli tak całymi godzinami namawiając Zdzisława do jedzenia. Oczywiście udało im się!

Stał się naszą wizytówką. Był reprezentatywny i spokojny. Zapomniał o kopaniu. Dzieci go uwielbiały. Mężczyzna po wiecznej dwudziestce był u nas około dwóch lat. Potem zaczął się pokładać na pastwisku, jeszcze kilka razy udało się go podnieść, ale pewnego dnia położył się w rogu stajni i odszedł. Kiedy zobaczyłam zwłoki Zdzicha, nie mogłam wyść ze zdumienia. Ten duży i potężny koń zajmował mały kawałek niwielkiego boksu. A właściwie jego rogu. Po białym rumaku  który nie potrafił jeść trawy z ziemi została tylko nasza pamięć, tak jak po przyjaźni Ady i Serka, których drogi z różnych przyczyn się rozeszły.I dopiero teraz siwy kłusak, też nie młody, bo kilkunastoletni przypomniał mi te stare już czasy: czasy początków naszych przyjaźni z wieloma ludźmi. Często takich, które trwają po dzień dzisiejszy i jeszcze nabierają głębi, ale i takich które minęły… Choć szkoda i żal, że może zbyt łatwo pozwoliliśmy im odejść!

Agrobaba

Opublikowano Blog | 1 komentarz